2007-12-15 17:40:25 >> listy z oddalenia-nieudane polowanie Droga Siostro! Ostatnimi czasy do miejsca mojego oddalenia dołączyła żona ma pani Barbara Forest Jamesom wraz z całą resztą naszego ruchomego inwentarza i dostawą nowiutkiego bielusieńkiego papieru istnej tabula rasa do zapisania. Z czego jestem bardzo kontent. Wraz z jej przybyciem w me przez ten czas pustelnicze życie uległo gwałtownemu przeobrażeniu. Doprowadzającą do szaleństwa ciszę zastąpił wreszcie tak miły dla ucha głos ukochanej kobiety, a odwieczny pierdzielnik naokoło domowego obejścia wzorowy ład i porządek. Na szczęście cała cywilizacja jaką ze sobą przywiodła ograniczyła się do nowych garnków, kilkunastu książek i worka z egzotycznymi przyprawami, które tak wspaniale potrafią ubarwić szarą rzeczywistość żywieniową ludzi co wybrali życie jak najdalej od innych. Już pierwszego dnia zacap gotującego się szczawiu zastąpiły wprost cudowne zapachy wypiekanej szarlotki. Jak tu podziękować światu za to, że tworzy kobiety tak cudownie dobrymi dla swych zdziczałych mężów. Ileż szczęścia trzeba mieć w życiu aby trafić taką Dianę co będzie ci towarzyszyć zarówno przy polowaniu jak i przy długich nigdy nie nudzących się nocnych rozmowach przy ogniu trzaskającym w kominie. Pisze w kominie bo to co grzeje nasze domostwo nic a nic nie przypomina tych kominków znanych z nowoczesnych domów z ogniem zamkniętym za szybą i tak nie obecnym jak by był oglądany w telewizji. Aż się wzdrygam na samą myśl, że ogień można więzić. Ale wracając do komina, jest to potężny kamienne palenisko pośrodku domu wewnątrz, którego nie kłamiąc mieszczę się cały na stojąco, można by w nim dwa prosiaki na raz piec lub nawet pół cielaka. Wrzuca się do takiego cały kubik drzewa co się będzie tlić powoli przez całą noc. Żona najbardziej rada jest ze starego sadu co pisałem już o nim poprzednio, drzewa w nim już sędziwe i poskręcane wiele połamanych i dają kwaśne owoce ale jakież wspaniałe orzeźwienie daje sok z takich kwaśnych jabłek w letnią spiekotę. Po za tym, na przykład w szarlotce z dodatkiem cukru i cynamonu wcale tej cierpkości nie czuć. Jedynie moją fujarkę musiałem na samotne wypady do lasu odstawić, bo ma radosna twórczość nie uzyskała uznania w uszach żony. Jakiś czas temu w wrót jednej z dolin oddalonej o kilkanaście godzin marszu od naszej skromnej zagrody. Odkryliśmy pozostałości starej osady ludzkiej, raczej mało wprawne oko by nic w tym miejscu nie wypatrzyło gdyż pozostały tylko stosy kamieni i wały ziemne porośnięte soczyście zieloną trawą i potężnymi dębami. Sądząc po wielkości tych drzew co porosły ludzkie domostwa miejsce to musiało zostać opuszczone parę wieków temu. W korzeniach zwalonego drzewa znaleźliśmy trochę skorup z potłuczonych glinianych garnków i jeden mały gliniany koralik ozdobiony naokoło nakłuciami. Żona mówi, że to prząślik, który zapewne dawien dawno służył jakiejś kobiecinie. Jako, że już późno było a pogoda ładna postanowiliśmy zostać tam na noc. Z wyciętych krzaków uformowaliśmy coś na wzór szałasu dające raczej złudną ochronę przed mogącą nadejść wieczorem nierzadką o tej porze roku burze. Zagotowaliśmy na ogniu trochę wody i oddaliśmy się żegnającemu dzień rytuałowi picia mate. Gdy zapadł noc i wygasł ogień postanowiłem skorzystać z okazji i być może trachnąć przy blasku wyjątkowo mocno świecącego Księżyca jakieś ospałe zwierze gdyż dzienne oględziny tego miejsca dały wskazówki na częste bytowanie różnych nadających się do zjedzenia stworzeń. Poza tym w nocy łatwiej mi strzelać gdy nie widzę tych smutnych czarnych oczu. Nie myliłem się bardzo i po kilkugodzinnym oczekiwaniu dało się słyszeć najpierw w oddali potem coraz bliżej donośny szelest ściółki leśne. Szelest ten w pewnym momencie przerodził się głośny trzask łamanych gałęzi i łoskot wielu nóg. Jakąż poczułem radość gdyż pył to pewny znak, że zbliża się do nas całkiem spore stado i do tego wali prosto na nas. Żona przysunęła się bliżej do mnie i wzięła do ręki pokaźnych rozmiarów „arkansas toothpick”, a ja przyłożyłem do ramienia starą bertę. Już było blisko, już widziałem w blasku księżyca czarne cienie zbliżające się do nas miedzy drzewami, wspaniałe stado dwadzieścia albo i więcej dzików, hałas czyniły straszliwy jak by pociąg w pobliżu jechał. I wtedy przekleństwo, nasz młody dzikowiec nie wytrzymał napięcia i wyrwał się z kryjówki czyniąc wrzask nieopisany. Cała gromada zwierzyny jak na komendę wykonała w tym momencie zwrot i wtoczyła się do pobliskiego jaru a potem zniknęła w ciemnościach. Zdążyłem jedynie wypalić na ślepo i kule sięgnęły jeno drzew i powietrza. Ach! Nie szczędził bym razów głupiemu bydlęciu, że pozbawiła mnie wykwintnej dziczyzny na miesiąc, lecz litościwa żona stanęła w psiej obronie więc rękę musiałem opuścić. Zresztą odpracował swoje i niedługo po tym blisko domu zadusił całkiem, całkiem dorodnego jelonka. Po nocy spędzonej na bezowocnych łowach w drodze powrotnej niedaleko domu znaleźliśmy kilkanaście równiutko okrągłych kopców, a raczej stożkowatych kamieni. Nie grzebałem przy nich ale po kształcie i umiejscowieniu można by sądzić, że to jakieś pochówki z czasów pamiętających jeszcze pogaństwo na tych ziemiach. Dziwnie gęsta i tajemnicza aura tego miejsca spowodowała przeczucie, że raczej niechętnie będę tu zaglądać po zmroku, szczególnie, że obok jest bagnista pozostałość po jakimś leśnym stawie, w którym jak sprawdziłem można nawet po pas ugrzęznąć albo nawet i głębiej ale tego już nie sprawdzałem. Następne listy pojawią się raczej prędko gdyż papieru ci u mnie raczej ostatnio dostatek i jak nie zużyje całego do wycierania tyłka będę mieć zajęcie na coraz dłuższe wieczory. Jak zawsze z pozdrowieniami Burt Jameson PS. Poproś szwagra aby przysłał wreszcie rurki do wiadomej maszyny, bo czasem ckni się tu człowiekowi, a domowa produkcja umila przyjemne spędzanie czasu. skomentuj (1) 2007-12-15 15:56:31 >> Listy z oddalenia Droga Siostro! Lata mijają na tym padole a my trwamy jak te trzciny na granicy dwóch światów uginane co rusz wiatrem czasu i palone ogniem nieuchronnego przeznaczenia. Kula świata nieustannie toczy się nam pod stopami, a my tacy mali nie jesteśmy w stanie zatrzymać jej, ani zmienić jej biegu. Nawet sobie nie zdajesz sprawy jakim zbawieniem dla duszy było utknąć w tym zapomnianym przez wszystkich miejscu i chwycić wreszcie swój los we własne ręce. Pisze to trochę cynicznie bo jak takie marne truchło jak człowiek, może w jakikolwiek sposób kierować swoimi dziejami w obliczu potęgi przyrody w takim miejscu jak to, chodzi mi raczej o uniezależnienie się od innych ludzi, ucieczkę od bycia zależnym i podległym komukolwiek i jakimkolwiek innym prawą niż boskie prawa natury. Choć jak napisałem wcześniej czasu nie da się zatrzymać tutaj u progu mej omszałej drewnianej chaty zda się, że płynie on zupełnie inaczej. W słoneczne, upalne dni ma się wrażenie, że stoi on w miejscu jak by cały otaczający nas eter zgęstniał i upodobnił się do leniwie lejącej się leguminy lub smoły w zależności w jakim się znajduje nastroju. O jego upływie świadczy tylko nurt rzeki płynącej w dole doliny i niosącej ze sobą od czasu do czasu różne liście lub gałęzie, tudzież inne rzeczy jakie lubi porwać woda, oglądając je można by spisać historie zdarzeń jakie się stały od jej źródła aż do miejsca w którym się znajduje, dalej w dół jest już tylko wielka niewiadoma przyszłość do której zlewają się różne strumienie, których jeszcze nie widziałem. Gdy przychodzą burze cała ta powolność i przewidywalność znika rozmyta strugami deszczu i porywami wichru gnającego po niebie czarne chmury ciągnące nieraz swoje opasłe cielska po górskich pastwiskach i rozrywających swe nabrzmiałe brzuchy o szczyty i ostre granie aż błyskawice biją i grom słychać jak ryki ciężko ranionych potworów. Woda w rzece wtedy straszliwie wzbiera, kotłuje się i pieni a jej zwykła przejrzystość znika ustępując miejsca brunatnemu brudowi nieszczęść jakie wyrządziła człowiekowi i otaczającej nas kruchej przyrodzie ożywionej. Na szczęście moja chata jest dostatecznie wysoko położona i na twardej skale, tak że niszczycielski nurt raczej nie powinien jej sięgnąć. Zupełnie innym problem jest wiatr. Praktycznie po każdym większym uderzeniu huraganu muszę spędzać kilka dni na naprawianiu dachu. Bogu dzięki podobne zdarzenia nie są codziennością i mój czas wyznacza przydomowy ogródek, a raczej zdziczały sad gdzie pomiędzy starymi poskręcanymi jabłoniami i gruszami w wysokich trawach są burzące układ chaosu równe grządki z prawie wszystkim co by się mogło przydać do przeżycia, oczywiście moja ulubiona ostra papryka też tam odnalazła swoje poczesne miejsce. Raz na jakiś czas trzeba się ruszyć aby odłowić trochę miejscowej zwierzyny, co nie jest wcale takie proste szczególnie dla posiadacza starej strzelby pamiętającej chyba czasy przed naszym narodzeniem. A brak sokolego oka i wieczne rozżalenie przed odbieraniem życia wszelkiemu stworzeniu, również nie ułatwia sprawy. Ale jak potrzeba to trzeba aby samemu nie pomrzeć. Czasem tak wyprawa może potrwać nawet kilka dni, szczególnie jak w okolicy pojawi się wataha wilków-włóczęgów. Parę razy uszczupliły mi, mój kozi inwentarz, ale odkąd skóra jednego basiora przyozdobiła mi ścianę a blada czaszka szczyt bramy, raczej nie pałają chęcią do kolejnych wizyt. Bądź co bądź pewnie i tak kiedyś wrócą podobnie jak wiosenne i jesienne powodzie. Jednak wszystko to sprawia, że człowiek jest w stanie skoncentrować się bardziej nad sobą. Ma dużo czasu na myśli i wewnętrzne dialogi. Wiesz nawet udało mi się wystrugać taką fujarko-piszczałkę, dzięki której mogę umilać sobie wieczory, w sumie nie tylko sobie bo w tej ciszy dźwięk się niesie straszliwie aż trafi gdzieś na ścianę lasu, która go wyhamuje. I wszystkie okoliczne stworzenia są skazane na moje czasami srogie pogwizdywania. Wróciłem do rysowania i pisania czego efektem są zapewne również listy do ciebie. Z braku stałych źródeł papieru tworzę na wszystkim co się da, tak że ściany domu i okoliczne drzewa stają się powoli gigantycznym tomem ilustrowanym poetyczno-prozaicznym. A ocierające o nie niedźwiedzie i skubiące liście jelenie ich nic nie rozumiejącymi czytelnikami, zresztą jak połowa ludzi odwiedzających księgarnie w miastach. Pewnie najchętniej by w nich przeczytały ja przyrządzić mech z grzybami czy mrówki z jagodami. Na razie muszę kończyć bo mi koza papieru podjadła i na tyle starczyło. Z pozdrowieniami Burt Jameson skomentuj (0) 2007-12-12 18:05:15 >> anonimowość śmierci w lutym
Gdzieś za świerkami wycie prznikliwe skomentuj (0) 2007-11-13 20:54:35 >> O szarym poranku Szarom ja kapotę na jesienną słotę przywdziałem znoszoną skórzany kapelusz, buty z cholewami wyjołem karabin i pas z nabojami worek owsa dla konia i fasoli dla się wina szklane dla ducha drugi na ziemie pocałunek ukochanej garść ziemi rozumianej słońce mam za kompas wiatr rozmów powiernik tajemnic wyprawy życia i wolności celu mego domu skomentuj (0) 2007-08-15 21:09:24 >> Biedronki sens Gdy przestały płynąć elektrony gdy zamilkły telefony padł komputer upałem przegrzany zatrzymał się silnik zadyszany poszliśmy na łąke spotkać drobną biedronke co po listku małym widząc świat swój cały dżwiga lata co na czerwieni kropki zapisały żuczek ten malutki odporny na smutki i wcale nie biedny w życiu nie wybredny wędruje po łące ku innej biedronce by swe przenaczenie w DNA spisane poszerzenia wspólnoty wielkiej życia drobnej biedoty co nie straszne są płoty ni druty, ni mury ograniczenia prędkości i pamięci limity. Mając wzór w biedronce na kwiecistej łące wzieliśmy się za ręce mając z mlecza wieńce włączyć do wspólnoty aby dalsze żywoty mogły jak te ręce i słowa sklecone na prędce opisać sens życia biedronki. skomentuj (1) 2007-08-13 19:20:49 >> Nic więcej Tylko troszeczke, zledwie o tyle co paznokcia kawałek milimetry cieniutkiej blaszanej skorupki od absolutu otchłani bezmiernej obecnosci nas co przestworza butnie przemierzmy odziela. Wyżej już tylko gwiazdy mażenia wolnosci bezkres tobie chołd oddamy i życia płomyczek zdmuchnąć przeznaczeniu. Niżej miłosci ludzkiej zielone pola wołają tęsknie by w matczyne łona głowę przytulić. I nie trzeba nic więcej. skomentuj (0) 2007-08-13 18:26:26 >> MATE Metalową rurką cieczy gorąca pod czaszki sklepienie Ażeby myśli destylant skroplić w chłodzie wieczoru Teraz literami w papieru kielich przelać Ewangeli świętych mądrości niedoścignionej choć krople uronić skomentuj (0) 2007-08-04 19:36:37 >> Niewiedziałem co powiedzieć mam Kiedyś byłem już u nieba bram niewiedziałem co powiedzieć mam. Słowa proste tkwiły w gardle mi na wspomnienie tych pachnących dni kiedy stałem w górze tam nie wiedziałem co poiedzieć mam choć widziałem świata szmat chciał bym go oglądać przez sto lat chciał bym widzieć uśmiech dzieci mych nie mieć żadnych wspomnień złych z ukachaną wino pić poczuć znowu co to-żyć Kiedś stałem już u nieba bram nie widziałem lasów tam i zieleni niżu łąk gdzie się kryje kwiatu pąk gdzie niebieski rzeki wąż łeb swój w morze sączy wciąż. nie poczułem burzy tchu wieczornego chłodu-snu nie słyszałem ptaków swych kropli deszczu padającej w mchy i tej ciszy w głębokiej toni małej muchy na mej skroni. Dziś nie stoje już u nieba bram i już wiem co powiedzieć mam proste słowa nie spowiedzi wiersz żyć chce dobrze każda wesz kwaśne wino i łzy pić od ziemniaków wolno tyć garb starości ponieść swój i móc nosić także twój wybudować piękny dom i na ganku usiąść z niom Kiedy stałem już u nieba bram dowiedziałem się co powiedzieć mam. skomentuj (1) 2007-07-27 18:10:58 >> Wilgoć Wilgoć powoli drzew korzeniami pełźnie w góre do liści nad nami wyrywa się dalej w górę tworząc wysoką chmurę co słońce pragnie przesłonić lecz chłodne tchnienie wieczoru deszczem ją zwraca do domu do ziemi co wiecznie spragniona dźwiganiem świata zmęczona uwięzi ją w swoich trzewiach by tam w lisci kupie rospuścić szczątki trupie zamienić w kompost gnijący rój robali wijący śmierci jad w życiodajne soki a wilgoć mażąc o chmurze pnie się ciągle ku górze między gliny gródami ucieka drzew korzeniami niesie zgnębione dusz cząstki by w ciepłym przebłysku poranka wznieść się jak mglista kochanka i gdy zapalą się zorze oddać je tobie mój Boże gdy człek cykl ten zakłuca na drodze stawia betony na nich buduje domu wilgoć razem z duchami wędruje domu scianami nie uda się uciec z cementu przenika więc żywych do kości ból wywołuje i mdłości bładzi dźwiękiem rurami na murach kwitnie grzybami sam widziałem w mieszkaniu cienie malutkich dłoni i szeptem gdzieś blisko skroni płacz tęsknoty ku niebu dzieciny co nie miało pogrzebu co utoneło w bagnie kiedyś przed wielu laty na łące zbierało kwiaty a łąka była zdradziecka i nie oddała już dziecka na łąke przyszły maszyny chciwość nieposkromiona co nigdy w człowieku nie skona zamkneła drogę dziecinie hen gdzieś ku niebiańkiej wyżynie i więzi mażenie o chmurze w zimnym ceglanym murze. skomentuj (0) 2007-07-21 19:48:14 >> Maczeta Brudna, tempa, podrdzewiałaś ty mi droge torowałaś poprzez krzaki, bagna ludzi czy znów chcesz bym cię obudził? Czy twą rdzę zeszlifować? Czy twe ostrze polerować? Poczuć ciężar na mej dłoni, pot zmęczenia w leśnej tonii. I wycinać nową ścieżkę dalej jeszcze dalej jeszcze? skomentuj (0) 2007-07-21 18:41:24 >> Postać Tyle rzeczy nie wiem jeszcze mniej pamiętam gdzie był początek a końca nie widać nie ten horyzont dla mnie i otchłań też nie ta postać nie dokończona a krzyczeć by chciała więc w las świata wciąż idzie by formę przybrała skomentuj (0) 2006-03-05 14:27:41 >> WYSPA MGIEŁ Gdzieś kiedyś słyszałem, że jak się długo przebywa samemu powinno się rozmawiać z otaczającym cię światem, ot tak nawet o bzdurach: z kamieniem- gdzie się toczy? ;z drzewem- o kornikach; z ptakiem -co widział... Po trzech latach stwierdzisz, że nie ma rzeczy martwych i się śmiejesz, durnym dla cywilizowanego człowieka rechotem, niczym nie skrępowanym wrzaskliwym niosącym się echem po puszczy i nad wodą, podrywającym ptaki do lotu, które go zaniosą jeszcze dalej i obwieszczą światu twoje ponowne narodziny...eh…tak ptaki mój drogi, trzy lata temu ptaki mnie tu przyniosły. Wiesz ciekawe czy jak się przekracza bramy tego świata to ci co zostali gdzieś tam przestają wierzyć w twoje istnienie? Jak to przyniosły cię tu ptaki ?- przerwał mu mały z nutką niedowierzania w głosie-Jakie ptaki? Mewy-odpowiedział, po czym dorzucił drewnianą kłodę w płomienie, które łakomie oplotły ją swoimi pomarańczowymi ramionami. Po prostu podniosły mnie z wody w górę i obudziłem się niedaleko stąd, prawie w tym samym miejscu gdzie znalazłem ciebie. Ale chyba będziemy mieli dużo czasu żeby o tym rozmawiać a teraz śpij, do rana musisz wypocząć, będziemy mogli wtedy ruszyć w drogę do latarni. Jakiej latarni… pytasz i pytasz, tutaj nie trzeba się spieszyć nawet z odpowiedzią, dojdziemy to się dowiesz. 1095 dni wcześniej Zimna kropla porannej rosy, spadając z liścia krzewu, rozprysła się sama o wyschnięte usta ten świat powoli nabierał rozpędu w różowo czerwonych barwach podpalanego od wschodu nieba. Poniżej miejsca, w którym rozłożyli się na odpoczynek wyłaniała się z nocnego cienia dolina porośnięta gęsto iglastym lasem. Koniec tej doliny wręczyły dwa skaliste szczyt, tworzące jak by olbrzymią bramę, przez którą wypływała leniwie gęsta biała mgła, rozlewająca się po oceanie, którego obecności można się było domyślić wsłuchując się w nieustający szum fal dobiegający w tak cichy poranek nawet tutaj. Patrząc w drugą stronę ciągnęło się pasmo wzgórz, pokryte brunatno fioletowymi wrzosowiskami, z których gdzie niegdzie wyrastały skały jak głowy olbrzymów zakopanych tutaj, a których erozja wraz z deszczem i wiatrem powoli i nieubłaganie przywracała światu z milion-letniego snu. W zasadzie cały widok doliny można było przyrównać do olbrzymiego diademu albo żuchwy jakiegoś mitycznego stworzenia. Jej północny koniec zamykało najwyższe i najbardziej skaliste i strome wzniesienie prawie całkiem pozbawione drzew, na którego szczycie majaczyła strzelista konstrukcja o zbyt równych kształtach aby mogła być wytworem tutejszej natury. To pewnie ta latarnia o której mówił stary- pomyślał Fryderyk. -Pokłoń się Słońcu…- Fryderyk wzdrygnął się słysząc za plecami zachrypnięty starością ale jeszcze stanowczy głos. -…tylko ono i księżyc łączą cię jeszcze z twoim światem hehehe…-dokończył stary i wybuchł śmiechem. Fryderyk spojrzał na południe, w kierunku „bramy”, w tym samym momencie z nad horyzontu wychyliła się sypiąc złotymi iskrami tarcza słoneczna. Musiał zamknąć bolące oczy. Pod powiekami silne światło uwolniło z pamięci obrazy z poprzedniego dnia. Samolot leciał spokojnie nad skrzącymi się od letniego słońca wodami oceanu. Pod nogami na tle ciemnej toni przemykały szybko małe białe obłoczki daleko na linii horyzontu widać było wypiętrzające się wysoko kowadła chmur burzowych. Nagle okropny zgrzyt przeszedł przez cały kadłub aeroplanu i chyba jeszcze bardziej wstrząsnął ciałami ludzi w nim się znajdujących. Fryderyk poczuł jak ślina znika z jego ust. Następny zgrzyt i potężny huk, ujrzał jak by na spowolnionym filmie, jak urwana łopata śmigła rozrywa cienkie poszycie samolotu tuż dosłownie centymetry przed jego oczami. W powietrzu zawirowały odłamki i różne luźne przedmioty obijając i kalecząc ciało. Wszystkie mięsnie napięły się w bolesnym skurczu. Ręce Fryderyka bez żadnej kontroli z oszołomionego mózgu same znalazły pasy od spadochronu i wiele razy ćwiczonym odruchu błyskawicznie zapięły wszystkie w zamku. Ryk wpadającego do środka powietrza i silny zapach benzyny wypełniał całą głowę Fryderyka, chciał wymiotować. W tym całym chaosie jak by w chwili przytomności zobaczył rozświetloną ścieżkę biegnącą od niego w kierunku otwartego z tyłu luku awaryjnego, ruszł nią tracąc parę razy równowagę w rozbujanej maszynie i prosto z marszu wyleciał głową do przodu ze spadającego samolotu. Zawirował świat: niebo, morze, chmury, morze gdzieś w tym wirze samolot zamieniał się w oddalającą się już bezkształtną ciemną masę. Mocne szarpniecie i nad jego głową rozkręcił się biały parasol czaszy spadochronu. Fryderyk pokręcił się jeszcze chwilę w uprzęży , a gdy ustał ruch obrotowy cały obiad jaki spożył poleciał gdzieś w dół w falujące morze. Stracił przytomność. Gdy ją odzyskał prawie dotykał stopami rozkołysanej wody. Szybko rozpiął zamek spinający pasy i wysunął się z uprzęży spadochronu wpadając z pluskiem do wody. Nad jego głową szmaragdowe słońce wbijało swoje promienie przez falującą przeźroczystą tafle, nie istniał żaden dźwięk otaczał go tylko wszechobecny zielony spokój. W dole rozlewała się powoli oleista, czarno-zielona noc. Błyszczący diament skrzący się ogniście resztkami sił jakie dawało mu światło osuwał się w tą czerń. Fryderyk odprowadzał go wzrokiem aż zgasł zupełnie, chciał zakrzyczeć cały świat ale zielona woda nie pozwalała mu otworzyć ust-nienawidzę spokoju, pomyślał patrząc w ciemną otchłań, po czym jednak otworzył usta , a woda wdarła się w niego, z początku boleśnie ale po chwili przemieniając się w dziwne uczucie jak by śmiertelny aksamit wypełniał jego płuca. Był całkiem bezwładny a kolejne fale obracały jego ciałem to w góre to w dół, wszystko gdzieś znikło, nie był już zielonej wodnej otchłani czuł się lekki, miał wrażenie jak by znowu się wznosił w powietrzu, czasem tylko w przebłyskach światła widział białe opierzone ciała i czuł pazury wbijające się w bezwładną cielesność, czasem słyszał łopotanie skrzydeł, pokrzykiwania ptaków i kołyszący szum fal .Wszystko to jak by mając oparcie na wielkiej sinusoidzie raz się zbliżało raz oddalało. Gdy się obudził leżał w mokrym piasku, poruszył obolałym ciałem, i usłyszał trzepot skrzydeł uciekających ptaków. Już chciałyście urządzić sobie ucztę – wychrypiał i otworzył oczy ale nie zobaczył nic oprócz otaczającej go mgły. Chciał się podnieść i prawie mu się udało, chwiał się przez chwilę na bezsilnych nogach po czym runą znowu w mory piasek i czarną otchłań snu. Ponowne przebudzenie przyniosło nieoczekiwaną zmianę, nie było już mu zimno, leżał w lesie owinięty ciepłym kocem nad jego głową rozciągały swe gałęzie drzewa oświetlone od spodu płomieniem ogniska ponad drzewami widać było białe iskierki gwiazd na czarnym niebie. Zobaczył pochylającą się nad sobą pooraną głębokimi bruzdami, pociemniałą starczą twarz okoloną prawie białą siwizną. Chciał coś powiedzieć ale straszliwy ból w piersiach spowodował, że znowu zapadł w ciemność. Głowę Fryderyka wypełniało kłębowisko myśli, nie wie czy się to wydarzyło dwa czy trzy dni temu, czy się w ogóle wydarzyło. Wszystko splatało się w wirze ciągłych utrat świadomości i powrotów do świata realnego. Odwrócił wzrok od słońca i spojrzał na starego człowieka. - Gdzie ja…my jesteśmy- spytał - Na Wyspie Mgieł, mój synu na Wyspie Mgieł- odpowiedział stary… skomentuj (3) 2006-02-10 19:05:04 >> wyspa mgieł Gdzieś kiedyś słyszałem, że jak się długo przebywa samemu powinno się rozmawiać z otaczającym cię światem, ot tak nawet o bzdurach: z kamieniem- gdzie się toczy? ;z drzewem- o kornikach; z ptakiem -co widział... Po trzech latach stwierdzisz, że nie ma rzeczy martwych i się śmiejesz, durnym dla cywilizowanego człowieka rechotem, niczym nie skrępowanym wrzaskliwym niosącym się echem po puszczy i nad wodą, podrywającym ptaki do lotu, które go zaniosą jeszcze dalej i obwieszczą światu twoje ponowne narodziny...eh…tak ptaki mój drogi, trzy lata temu ptaki mnie tu przyniosły. Wiesz ciekawe czy jak się przekracza bramy tego świata to ci co zostali gdzieś tam przestają wierzyć w twoje istnienie? Jak to przyniosły cię tu ptaki ?- przerwał mu mały z nutką niedowierzania w głosie-Jakie ptaki? Mewy-odpowiedział, po czym dorzucił drewnianą kłodę w płomienie, które łakomie oplotły ją swoimi pomarańczowymi ramionami. Po prostu podniosły mnie z wody w górę i obudziłem się niedaleko stąd, prawie w tym samym miejscu gdzie znalazłem ciebie. Ale chyba będziemy mieli dużo czasu żeby o tym rozmawiać a teraz śpij, do rana musisz wypocząć, będziemy mogli wtedy ruszyć w drogę do latarni. Jakiej latarni… pytasz i pytasz, tutaj nie trzeba się spieszyć nawet z odpowiedzią, dojdziemy to się dowiesz. 1095 dni wcześniej Zimna kropla porannej rosy, spadając z liścia krzewu, rozprysła się sama o wyschnięte usta ten świat powoli nabierał rozpędu w różowo czerwonych barwach podpalanego od wschodu nieba. Poniżej miejsca, w którym rozłożyli się na odpoczynek wyłaniała się z nocnego cienia dolina porośnięta gęsto iglastym lasem. Koniec tej doliny wręczyły dwa skaliste szczyt, tworzące jak by olbrzymią bramę, przez którą wypływała leniwie gęsta biała mgła, rozlewająca się po oceanie, którego obecności można się było domyślić wsłuchując się w nieustający szum fal dobiegający w tak cichy poranek nawet tutaj. Patrząc w drugą stronę ciągnęło się pasmo wzgórz, brunatno fioletowymi wrzosowiskami z których gdzie niegdzie wyrastały skały jak głowy olbrzymów zakopanych tutaj, a których erozja wraz z deszczem i wiatrem powoli i nieubłaganie przywracała światu z milion-letniego snu. W zasadzie cały widok doliny można było przyrównać do olbrzymiego diademu albo żuchwy jakiegoś mitycznego stworzenia. Jej północny koniec zamykało najwyższe i najbardziej skaliste i strome wzniesienie prawie całkiem pozbawione drzew, na którego szczycie majaczyła strzelista konstrukcja o zbyt równych kształtach aby mogła być wytworem tutejszej natury. To pewnie ta latarnia o której mówił stary- pomyślał Fryderyk… skomentuj (3) 2005-12-19 21:51:32 >> Wyspa Mgieł Gdzieś kiedyś słyszałem, że jak się długo przebywa samemu powinno się rozmawiać z otaczającym cię światem, ot tak nawet o bzdurach: z kamieniem- gdzie się toczy?;z drzewem- o kornikach; z ptakiem -co widział... Po trzech latach stwierdzisz, że nie ma rzeczy martwych i się śmiejesz, durnym dla cywilizowanego człowieka rechotem, niczym nie skrępowanym wrzaskliym niosącym się echem po puszczy i nad wodą, podrywającym ptaki do lotu, które go zaniosą jeszcze dalej i obwieszczą światu twoje ponowne narodziny...eh..tak ptaki mój drogi, trzy lata temu ptaki mnie tu przyniosły. Wiesz ciekawe czy jak się przekracza bramy tego świata to ci co zostali gdziś tam przestają wierzyć w twoje istnienie? skomentuj (3) 2005-11-18 13:23:36 >> nadano gdzieś ze środka lasu nie pytajcie gdzie. Można tylko samolotem dotrzeć. ...oojapierdoletotojeszczeistnieje?!!... chyba trzeba bedzie jakiś porządek zrobić i nową historie wprowadzić np. małą robinsonade(nie wiem czy taki wyraz istnieje) coś o rozbitku, który utknoł na wyspie mgieł i nigdy nie wrócił... skomentuj (2) 2004-12-22 17:39:57 >> Koło Słońca Cichy dzwonek telefonu oderwał go od pisania. Zszedł po schodach na dół, gdzie zamontowono jedyny aparat w całym domu. Już miał odebrać gdy spojżał na drzwi wejściowe, łańcuch zamykający je wiśał odcięty. Wszystkie jego mięśnie zesztywniał a przez plecy przeszło nieprzyjemne uczucie chłodu. Jego organizm nie mylił się, zwalista postać popchneła go na ściane. Podniósł szybko ręce w celu odparcia kolejnego ataku ale na nic to się zdało poczuł ostry ból w prawym boku potem następny i następny, jego ręka zgieła się w potwornym skurczu, kolejne ukłucie przyszło w karku, osunoł się na podłoge. Przez chwile wszystko nad nim wirowało potem powoli zaczoł wyłaniać się z tego wiru zamglony obraz. Wdział nad sobą czarne postacie w strumieniu światła wpadającym przez uchylone drzwi, chciał się podnieść ale okropny ból wszystkich przyklejał go do desek podłogi. Poo...oopatrzz.. buu...dzii si..- słyszał niewyraźnie jak by miał wiaderko założone na głowe. Następny skurcz przeszedł falą przez całe ciało a w ustach zrobiło mu się słodko od wymiocin, potem znowu wpadł w aksamitną ciemność...nikt nie odbiera powiedział Federico do Lwicy gdzieś na drugim końcu telefonicznego kabla. Może wyszedł, zadzwoń do Trzczinki, mieli się pilnować na wzajem. Spróbuje....też nie odbiera, co oni kurwa robią?! skomentuj (6) 2004-12-11 08:40:40 >> Koło Słońca.. Popatrz! Czasem to dzieje się samo: Świat zamienia się w rysunek a ty przykładasz do niego kalke, nawet nie trzeba o tym myśleć. Powiedział Federico do Lwicy następnie włożył w jej dłoń kawałek węgla i poprowadził ręke nad pożółkłym papierem a ich oczom ukazały się posępne czarne drzewa z opuszczonymi ptasimi gniazdami i przezierające przez nie promienie słońca omiatające ze wschodu na zachód swym kręgiem grudniowy krajobraz. Ciekawe czy trafi? Przerwała mu na chwile Lwica. Możemy sprawdzić, Odpowiedział jej Federico i wykręcił numer na starym telefonie... skomentuj (1) 2004-11-22 19:45:46 >> Koło Słońca Chowając koperte do kieszeni pomyślał jak to się zaczeło tamtej czerwcowej nocy. Wracał z knajpy do siebie na stancje po oblewaniu egzaminu, na ulicy nie było prawie nikogo. Nagle jego sielski nastruj przerwał rozlewający się po podbrzuszu ból, zdążył jeszcze osłońć twarz i drugi cios zszedł na czoło ale nie udało mu się utrzymać równowagi i rozciągnął się na chodniku. Wyskakuj z komóry frajerze, słyszł pomiędzy odgłosami kopniaków, dwie osiedlowe małpy obracały go w najlepsze. Nagle przestali go kopać usłyszł tylko przerwane ,wypierdalaj kurw... i głuche uderzenie. Kiedy odsłonił ręce załzawionymi oczyma zobaczył że jeden z jego oprawców leży na ziemi grzebiąc nogami jak konający pies i trzymając się dłońmi za twarz z pod, których wyciekał szeroką kaskadą czarna nocą krew. Drugi napastnik mocował się z postawnym mężczyzną ubranym w czarną wojskową kurtke, który trzymał jego głowe pod pachą wtedy zobaczył drugiego też ubranego na czarno, podszedł on walczących i drewnianą pałką wymierzył potężny cios w plecy trzymanemu, ten zaprzestał jakichkolwiek ruchów a wypuszczony z uścisku osunoł się bezwładnie na ziemie. Mężczyznał wyrzucił pałke gdzieś daleko w ciemność po czym przykucnoł i zapytał: Nic ci nie jest Bracie? Widział wtedy przez chwile z bliska surową opaloną twarz i czoło poorane bruzdami...raczej nie... odpowiedział. Mężczyzna wstał i podszedł do drugiego mógł im się wtedy przyjżeć. Byli ubrani na czarno jedynie w ciężkich woskowych butach mieli wplecione białe sznorówki...wyglądali jak klasyczni skinhedzi z najgorszego koszmaru długowłosego nastolatka... skomentuj (11) 2004-11-18 18:13:04 >> Koło Słońca W NOLI SNU SKŁADA GŁOWE NOLF OMOW I PATRZY TAM GDZIE TY PODĄŻASZ Z POD DRZWI DO MĄDROŚCI Z NIEBIOS KOPÓŁ WZNOSZĄCEJ WSCHODU CESARSTWA PADŁEGO A BĘDZIE TO W CZASIE WOJNY SENIORA CECAREC W HEBRAJSKIM CZYTANYM A PRZEZ GREKA ATBELAFA PO TRZYNASTYM ZNAKU OBRÓCONYM W MOIEJ MAŁEJ VICTORI IZYDY TYLKO POCZĄTKÓW I TYLKO W GODZINE PO POPRZEDNIM DNIU TAM ZNOWU SIĘ SPOTKAMY JA NOLF OMOW CO GŁOWE NA ŁONIE NOLI SNU SKŁADA BY CIEMNOŚCIĄ ZAMIEŚĆ A ŚWIATŁO NA NOWO RODZIĆ ...Młody człowiek patrzył w porzółkłą kartke delikatnie ogłupiały. Dał mu to Federico Ariza zanim razem z Lwicą znikneli w porannej mgle. Pewnie to pisał w przerwie jakiejś lektury o zamierzchłej historii , czy oni zawsze muszą utrudniać, pomyślał chowając papier zpowrotem do koperty. skomentuj (1) 2004-11-13 11:09:42 >> Koło Słońca ...niektórzy muszą być psami pasterskimi dlatego stada. Muszą biegać na około i kąsać tych co się chcą odłączyć i wilki rozrywać...usłyszał młody człowiek a promień Słońca wystrzeliwujący z pomiędzy dwóch starych drzew kazał mu na chwilę zamknać oczy, chciał coś powiedzieć swojemu towarzyszowi ale ten rozpłynoł się w szarej mgle poranka ... skomentuj (1) |
|
|||||||